Zmarł Gerard Niemczyk, perkusista totalny, choć przez szeroką publiczność słabo znany, bo najpierw grał przede wszystkim metal, potem przede wszystkim rzeczy dziwne albo nieciekawe, bo chyba nie umiał odmawiać. O mainstream też się otarł, ale tylko otarł, a gdyby chciał mógłby być najbardziej rozchwytywanym i pewnie najlepiej opłacanym dżobiarzem w kraju. Pewnie nie chciał lub nie umiał.
Poznałem Gerarda w 1994 roku, u Leszka Wojnicza, kiedy Apocalyptic Hellhammer – bo tak go Leszek ochrzcił na potrzeby tego projektu – tworzył materiał na płytę „Abraxas”, kultowej dziś grupy Holy Death. Nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co właściwie robi i jakie przesłanie się za tym kryje, bo interesowała go tylko muzyka, nie teksty i okładki. Zorientował się chyba w trakcie sesji zdjęciowej. Byłem tego świadkiem – namawiał go lider zespołu, namawiali wszyscy obecni (z niżej podpisanym na czele), ale on się uparł, że się nie pomaluje, nie dla niego te barwy wojenne, z diabłem mu nie po drodze. Stanął co prawda do foty z kolegami, miecz do łapy wziął, ale zarzucił sobie go na ramię, jak motykę… I co było robić, takie zdjęcia poszły świat.
Spośród wszystkich ludzi grających w Lux Occulta, Gerard grał w tym zespole najkrócej. Kriss, nasz bębniarz, zawinął się do domu w trakcie sesji, a my w studiu, w Częstochowie, bez bębnów w trzech numerach. Strach nam zajrzał w oczy… Bartek Kuźniak, który produkował tę płytę, w ogóle się nie przejął, tylko zadzwonił po Gerarda. Znali się jeszcze z czasów Mordoru, później grali razem różne pokręcone rzeczy, między innymi jako 3 Metry. Swoją drogą – ich płyta „Jedli z dołków, pili z dziurek”, to jedna z najlepszych polskich płyt lat 90. i zarazem jedna z najlepszych rzeczy w bogatym dorobku Tymona Tymańskiego. Pięknie proszę o reedycję. Natomiast z rzeczy, które zrobił niedawno – też z Bartkiem – i które koniecznie trzeba znać, chciałbym wymienić płytę „OVV” Atrocious Filth. To jest klasa światowa, to powinna być duża scena Roadburn, a nie jakieś niskonakładowe tajemnice polskiego undergroundu.
Wróćmy jednak do Częstochowy, do 2001 roku. Gerard przyjechał niezwłocznie, przywitał się z wszystkimi, założył słuchawki i poprosił o puszczenie piosenek, w których ma zagrać. Przesłuchał je raz i powiedział: „Nagrywamy”. Jak to nagrywamy?! Już wszystko wiesz? Pamiętasz? Wymyśliłeś swoje partie? Wiedział, pamiętał, wymyślił. On słyszał muzykę nie tak jak my, zwykli śmiertelnicy, ale tak, jak Neo widział matrix. Usiadł do bębnów, poprosił o puszczenie utworu i wciśnięcie „REC”. Po jednym podejściu – i od razu siedziało. Grzecznie się z nami pożegnał, zniknął za drzwiami i tyle go widzieliśmy.
Kosi ta śmierć perkusistów. Dzień przed Gerardem odszedł Paweł „Hevi” Szostak, bębniarz Heart Attack. Nie znaliśmy się dobrze, ale Kraków nie jest duży, wpadaliśmy na siebie raz na jakiś czas na koncertach – zawsze pogodny, miły facet, dobra dusza krakowskiej sceny. Będzie go brakowało.

Perkusja to bardzo intrygujące stworzenie. Jak gitara synchronizuje się z ciałem, ale nie tylko wywołuje emocje ale je podkręca. Jest w niej coś zmysłowego, dotknięcie talerza centymetr dalej wyzwala inne brzmienie, inne odczucie; jak ciało. Magia … albo fizyka? A może nie ma różnicy…