Weekend spędziłem w Estonii. Intensywny to był czas. Heavy Music Estonia co roku o tej porze organizuje przegląd lokalnej sceny i na zaproszenie tej organizacji przybyłem sprawdzić, co w Tallinie słychać. Byli też dziennikarze z Niemiec, przedstawiciele fińskich festiwali i właściciel klubu muzycznego z Łotwy, więc i towarzysko było zacnie.
Klub Tallinna Kinomaja był mi już znany z wiosennych estońskich finałów Road To Mystic. Świetne miejsce, dobrze przygotowana scena, dźwięk cacy – oczywiście, o ile zespół wypuści dobry z łapy. Niestety, problemy te same co wszędzie: budynek zmienia właściciela, więc nie wiadomo, czy Kinomaja przetrwa, czy może zostanie przekształcona w restaurację lub inny hotel. Śpieszmy się kochać kluby muzyczne, tak szybko odchodzą.
Ale póki co Kinomaja stoi, choć w sobotę trzęsła się w posadach. Program nasi estońscy przyjaciele przygotowali mocarstwowy, początek tuż po 17., koniec o północy. W tym czasie aż 12 zespołów, każdy po 20 minut, więc krótka piguła, ale wystarczy, by zorientować się, kto już jest gotowy podpalać świat, a kto jeszcze musi na chwilę ostudzić ambicje.
Z kronikarskiego obowiązku oraz z szacunku dla tych, co nam zgotowali tę szaloną noc, wymienię wszystkich: Deep Down The Blue, Gostrail, Embus, VIMM, Exanity, Lein, Dreams They Have Stolen, Pagansarv, Tomorrow Was The War, Antsud Metal Project, Above My Head i Teravmoon. Najbardziej podobały mi się występy Pagansarv, Tomorrow Was The War i Antsud Metal Project.
Pagansarv to zakapturzony black metal, raczej skupiony na budowaniu złowrogiej atmosfery niż ścinający łby w szalonym pędzie. Czasu mieli mało, jak wszyscy, ale udało im się wciągnąć publiczność w swój rytuał, w czym niemała zasługa wokalisty, mającego w arsenale nie tylko wściekłe krzyki, ale i buńczuczne zaśpiewy w stylu Alana z Primordial.
Tomorrow Was The War na pierwszy rzut oka kojarzył mi się z Jinjer, za sprawą wyrazistej, starannie wystylizowanej (niebieska kurtka, niebieskie doczepki do włosów, niebieska kredka do ust) wokalistki, która potrafi solidnie ryknąć, ale i zaśpiewać czysto, kiedy trzeba. Muzycznie to jednak inna historia, Tomorrow Was The War grają podkutego metalem hardcore’a i są w tym bardzo skuteczni. Czasem jeszcze trochę brakowało scenicznego obycia, na przykład, kiedy namówili ludzi do ściany śmierci i zapomnieli dać sygnał do ataku – ale to wszystko drobiazgi, naprawią się same wraz z kolejnymi koncertami. Gorzej, że okazało się, że ta wokalistka, która tak bardzo zwracała uwagę i ciężko pracowała, by ten koncert się podobał, była wypożyczona. Oryginalny śpiewak Tomorrow Was The War to facet, poznałem go zresztą następnego dnia, fajny koleś. Nie mógł wystąpić przez problemy zdrowotne, więc nie wiem, jak prezentuje się zespół z nim na froncie. Może nie gorzej, na pewno inaczej.
Kiedy słyszę o folk metalu, uciekam w popłochu, ale Antsud Metal Project mnie zaskoczył (nie tylko nieszczęśliwą nazwą), bo to folk połączony z nu-metalem, a to nie jest zużyta kombinacja. Bardzo fajnie śpiewały dwie dziewczyny, jedna z nich do tego wydzierała się zdrowo od czasu do czasu, a znakomicie brzmiący zespół obudowywał te ich trele riffami, których się nie spodziewałem. Lubię być tak zaskakiwany.
Bardzo dobre koncerty zagrały też zespoły Above My Head i Exanity – to nowe granie, dla fanów rzeczy w rodzaju Parkway Drive czy Bring Me The Horizon – oraz Dreams They Have Stolen, którzy mogliby już jutro pojechać na trasę z Evanescence i Within Temptation, i ustaliby na scenie. Myślę, że dużo radości mogą nam kiedyś sprawić muzycy, którzy tu występowali jako Embus, a później, z lekko tylko zmienionym składem, pod szyldem Lein. Embus to trochę death metal, trochę sludge, trochę grind, dużo w tym bałaganu i niezdecydowania, ale jeszcze więcej fajnej energii, z którą sprawdziliby się przed południem na Obscene Extreme. W Lein wyszli na scenę w koszulkach blackmetalowych kapel i pomalowani, co oczywiście oznaczało zmianę estetyki. Embus podobał mi się bardziej, ale tak czy owak – dobrze się ogląda młodych tak bardzo zaangażowanych w granie, nawet jeśli nie jest to jeszcze doskonałe.
Nie koncerty były jednak podczas tego weekendu w Tallinie najważniejsze, lecz spotkania – pomiędzy nimi i później, nocą i przez cały kolejny dzień. Poznałem mnóstwo ludzi, rozmawialiśmy o sprawach poważnych i niepoważnych, próbowaliśmy się razem mierzyć z wyzwaniami, problemami i wątpliwościami, które mają estońscy muzycy, snuliśmy kombatanckie wspomnienia i śmiałe plany. Bo cała idea tej imprezy polega właśnie na tym, żeby się spotkać, zaprezentować, dać zauważyć, wymienić doświadczeniami. Organizatorem było stowarzyszenie Eesti Raskemuusika Liit (czyli: Heavy Music Estonia), które jest oddolną inicjatywą tamtejszych muzyków, wynikającą ze starego jak underground przekonania, że w kupie siła. W Polsce pewnie coś takiego by się nie przyjęło, za dużo nas, w dodatku sporo tu sprzecznych interesów, różnice pomiędzy rynkową pozycją zespołów i ich potencjałem też są znacznie większe, a to oznacza inne potrzeby i inne strategie. Ale muszę przyznać, że trochę Estończykom tej umiejętności samoorganizacji pozazdrościłem.
O tym, jak organizowała się polska branża muzyczna w latach 90., a więc w czasie, kiedy stare już padło, a jeszcze nie przyszło nowe, napisał bardzo ciekawą książkę Tomasz Lada. Rzecz nazywa się „Wszystko jak leci” i trochę kłamie podtytułem „Polski pop 1990-2000”, bo nie jest o muzyce popowej, ale przede wszystkim o tym, jak pospolite ruszenie wydawnicze i medialne przemieniało się w zawodowe, regularne oddziały (zachodnich koncernów). Tu napisałem więcej o książce, polecając z serca, choć nie bez zastrzeżeń.
Polecam też festiwal Unsound, który startuje jutro w Krakowie, co oznacza, że pewnie niewiele zobaczę, w myśl zasady „nikt nie jest festiwalowiczem we własnym mieście”. A w programie, jak zawsze, sporo rzeczy na pewno dobrych, wiele obiecujących, choć do końca nie wiadomo, co z tego wyjdzie. Za to ryzykowanie niezmiennie lubię Unsound, nawet jeśli programowo festiwal był mi bliższy jakieś 10 lat temu. Ryzykantem jest również Artur Rumiński, który na Unsoundzie zagra i który jest jednym z moich ulubionych rodzimych artystów, a dopiero się rozkręca, coraz dalej zapuszczając się poza teren ciężarów i czadów, z którego wyszedł. Napisałem w „Wyborczej” jego sylwetkę, z wypowiedziami głównego bohatera – i jeśli dzięki temu ktoś poznał Artura i jego muzykę, choćby jeden czytelnik, mój trud skończony.



